Obóz pracy przymusowej Sacrau
05.05.2008, Juzef
Czwartego września [...] zostaliśmy przewiezieni do przejściowego punktu zatrzymań w Breslau Burgweide (Wrocław-Sołtysowice) - obóz koncentracyjny z komorami gazowymi1. Stąd po jednej dobie i „kąpieli" z tak zwanym „lizolem" zamiast mydła (wiele osób zostało tym płynem mocno poparzonych) przewieziono nas do ciężkiego obozu pracy2 w Sacrau (Zakrzów) koło Wrocławia, powiat Oleśnica. W obozie tym więziono jeńców wojennych z Francji (sami mężczyźni) oraz cywilów z Francji (też tylko mężczyźni) Polski i ZSRR - mężczyźni, kobiety i dzieci w różnym wieku. Przed wojną była tu prywatna „Fabryka Celulozy i Papieru Ewald Schoeller i Spółka". Ta nazwa i rzekomo profil produkcji pozostały bez zmian - tylko pracownicy się zmienili. Fabryka pracowała na rzecz machiny wojennej Niemiec.
Ja miałam wtedy 13 lat. Pracowałam ponad siły w fabryce, w kuchni, a następnie polecono mi prowadzić „przedszkole" dla dzieci poniżej 9 lat. „Dostałam salę" w baraku, z dwoma stołami, długimi ławami i po 1 kromce chleba z „dżemem" oraz po kubku mleka dla każdego dziecka - było ich około 30. Wyżebrałam trochę papieru, kleju, ołówków itp. Byłam za te dzieci odpowiedzialna. Organizowałam im zajęcia, ciche zabawy, ale i uczyłam je. W obozie dokuczał nam głód, bicie, nocne „apele" na dziedzińcu - również w czasie mrozów, nocne rewizje, podczas których szukano powodów do maltretowania ludzi. Na przykład bardzo karano za brak litery „P" przy ubraniu, a często odrywali ją sami gestapowcy.
To jednak i tak był cud, że trafiliśmy do tego obozu. Jak się bowiem później okazało „groźnym" kierownikiem obozu był Polak Jerzy Karwowski - na użytek Niemców volksdeutsch, nękający i bijący więźniów pejczem i nie tylko. Ale to on, faktycznie żołnierz AK, o czym oczywiście nie wiedzieliśmy i nie wiedzieliśmy też, że ta organizacja ma swoje zadania na terenie obozu, wielu więźniom uratował życie. Na przykład przed każdą nocną rewizją biegał po barakach i krzyczał, że o zmroku nikomu nie wolno wyjść poza swoją „sztubę" (salę). To on zorganizował „przedszkole" dla dzieci - żeby jakoś przeżyły. To dzięki niemu była ta szklanka mleka. To dzięki niemu szwab - kierownik mojej mamy w fabryce nie „zlikwidował" jej, jak zamierzał, gdy padała z braku sił. To dzięki niemu przeżył mój brat, bo, gdy bardzo ciężko zachorował na zapalenie płuc - osobiście przewiózł go do szpitala we Wrocławiu i oddał pod opiekę lekarza Rosjanina. Tam wprawdzie mój brat przestał mówić. Wtedy właśnie intensywnie bombardowany był już Wrocław i dorośli chorzy schodzili do schronu, a ciężko chore przerażone dziecko zostawało samo na łóżku. Ale mój brat przeżył i żyje do dziś i nieważne, że czasem się „zacina" - ale mówi. I w końcu ten człowiek, który na oczach gestapo bił i prześladował więźniów ostatecznie uratował nam życie.
Gdy bowiem zbliżał się front ze wschodu i Niemcy zaczęli się wycofywać, postanowili obóz zlikwidować. Pewnego dnia o godzinie 12.00 w południe kazano na wycie syreny fabrycznej stawić się na dziedzińcu obozu wszystkim Rosjanom i Ukraińcom. Wywieziono ich ciężarówkami i jak się okazało kilka kilometrów dalej pod sławnym „Hundstfeld" (Psie Pole) wszystkich rozstrzelano. To samo zrobiono z Czechami z pobliskiego wcześniej opisanego obozu w Burgweide. Kolejnego dnia o godzinie 12.00 na sygnał syreny fabrycznej na dziedzińcu mieli się stawić wszyscy Polacy wraz z dziećmi. Dużo więźniów było z okolic Wielunia. Nasz kierownik komunikując nam rano o konieczności stawienia się na sygnał syreny aż trzy razy z naciskiem powtórzy: „ale przecież macie głowy na karku". Na szczęście obecni przy tym Niemcy nie zrozumieli o co chodzi. Powtarzał jeszcze: „fabryka jest zaminowana - ale...". Ale nie mieliśmy wyboru. Syrena przeraźliwie zawyła. Wybiegliśmy wszyscy z baraków, ale zamiast na plac zbiórki - do fabryki, do tylnych bram i przejść na przełaj, byle szybko, przez ogromne wysokie hałdy nie do końca zastygłej, szlaki i wysypiska odpadów z fabryki. Na terenie fabryki zostaliśmy skierowani do betonowych podziemnych bunkrów. W naszym było około 20 osób. Było tak ciasno, że kiedy jedni musieli usiąść lub się przespać, inni musieli stać. Na umówiony znak do drzwi bunkra nieznane ręce podawały nam skromne żołnierskie posiłki. Trwało to około tygodnia.
Wreszcie gestapowcy znaleźli nas i odeszli, ale w ciągu godziny mieliśmy wszyscy wyjść, bo jeśli nie wyjdziemy, rozbiją bunkry granatami, a fabrykę i tak wysadzą w powietrze. Zrozumieliśmy grozę sytuacji. Czy jednak odważą się na wysadzenie fabryki? W pobliżu jest przecież Psie Pole, a tam ogromna fabryka i magazyny amunicji - wyleci wszystko. Jednak wyszliśmy z bunkrów przed upływem godziny. Zniknęliśmy. Niemcy zgłupieli. Krzyczeli, grozili, ale widocznie bali się wejść w głąb fabryki. A nas przewodnicy AK umieścili w piecach fabrycznych, suszarniach ligniny, pod fundamentami maszyn itp. Z mamą, bratem i trzema osobami siedziałam w takim piecu 8 dni. Cały czas było słychać walki frontowe, detonacje bomb i pocisków artyleryjskich - w dzień, bo w nocy wszystko cichło, a my modliliśmy się o ten huk, którego brak oznaczał, że wojska rosyjskie znów się cofnęły i nasza gehenna się przedłuży. Tymczasem front rosyjski taktycznie zbliżał się do Oleśnicy i do nas i znów cofał się i tak przez blisko dwa tygodnie. Trochę pożywienia dostarczały nam wciąż te same ręce. Nie myliśmy się. Wreszcie dziwna cisza i rozkaz po polsku i po rosyjsku: „wychodzić". Upragnione wyzwolenie, żyjemy. Na dziedzińcu jeszcze wewnątrz fabryki, kilku zarośniętych, zmęczonych żołnierzy rosyjskich - popatrzyli na nas i nagle... wszyscy uciekli! Jak się okazało przestraszyli się nas. Przestraszyli się siwych dzieci. No, bo siwi dorośli, ale dzieci? A nam przecież przez cały ten czas i w bunkrach i w piecach i pod maszynami za legowiska i przykrycia służyły zdobyte w fabryce papierowe maty, obrusy, zwoje ligniny itp. Więc wszyscy byliśmy siwi od białego pyłu. Do tego brudne, czarne twarze. Wojsko nie wiedziało, że w fabryce są więźniowie z obozu.
Szybko wycofano nas na tyły frontu do Oleśnicy. Szliśmy pieszo, bardzo szybko. Mijaliśmy płonące domy, spalone czołgi, całe pola zabitych, pod obstrzałem frontu, który pod wieczór jeszcze raz się cofnął z terenów Sacrau, ale my już byliśmy poza zasięgiem Niemców. Tymczasem brudni i wyczerpani powoli byliśmy transportowani w „swoje" strony. ...
[...]
Ja wróciłam bardzo osłabiona, ale w miarę zdrowa. Moje schorzenia rozpoczęły się w kilka miesięcy później.
Moja mama natomiast wróciła bardzo spuchnięta i z ciężką gruźlicą. Brat prawie nie mówił, brat ode mnie pięć lat młodszy, Bogusław Napiórkowski. Zaniemówił w czasie ciężkich nalotów, które bombardowały Wrocław. [...] Dlaczego, miedzy innymi, wróciliśmy z takim zdrowiem?
Otóż w obozie w Zakrau (obecny Zakrzów), w którym byłam z mama i bratem, wszystkie kobiety poddawane były, trudno to nazwać doświadczeniom, ale chyba tak. Początkowo dostawaliśmy zastrzyki, które rzekomo miały nas wzmacniać. Jak się później okazało, dostawaliśmy z kuchni specjalne jedzenie, inne niż mężczyźni. Do tego jedzenia, jak się okazało, dosypywano jakiś proszek. Wszystkie dojrzałe kobiety, młode dziewczęta i kobiety w wieku starszym, bo jeśli chodzi o wspomniane wcześniej więźniarki z okolic Wielunia, to zarówno mężczyźni jak i kobiety, to była młodzież w wieku od 20 do 30 lat, nie było tam nastoletnich. W tym było kilka rodzin z dziećmi. Kobiety dojrzałe, mówiąc ściśle, rozwinięte, po prostu bardzo puchły, czym później chwalili się Niemcy z obozu, że nam w obozie jest tak dobrze. Kobiety padały, nie każdy organizm to wytrzymał. Wożono nas bardzo często do Burgweide, to był obóz selekcyjny, koncentracyjny z komorami gazowymi. Tam wszystkie słabsze kobiety już odpadały. Nam udało się przeżyć.
Natomiast młode dziewczęta, podobnie jak ja, trochę starsze ode mnie i młodsze, miały zahamowany rozwój na takim poziomie, na jakim przybyły do obozu. Dalszy rozwój, mimo upływu czasu, nie następował. W tej sytuacji, ja musiałam po powrocie leczyć się dosyć długo, żeby przywrócić sobie normalne hormonalne warunki rozwojowe, ale już nie urosłam. Brata trzeba było leczyć, żeby zaczął mówić, do dzisiejszego dnia się zacina od czasu do czasu, zwłaszcza jak się zdenerwuje. Przeżył, mówi, ma rodzinę, niebawem kończy 70 lat. Bardzo ciężko chorował i do dzisiejszego dnia choruje na chroniczne zapalenie jelita grubego, niemal całe życie jest na ścisłej diecie. To też są pozostałości prawdopodobnie stamtąd.
Ja natomiast, już po kilku miesiącach zachorowałam na owrzodzenie żołądka i dwunastnicy. Ciężko chorowałam przez blisko 26 lat. Do dzisiejszego dnia mam ograniczoną dietę, niektóre pokarmy bardzo mi szkodzą, w dalszym ciągu, błona śluzowa żołądka nie jest zdrowa, natomiast dwunastnicy już prawie nie mam, jest tam sztuczne przejście wytworzone nie operacyjnie, ale nastąpiło to samoistnie, przewężenie wszystkich przejść. Było to groźne, bo każde dalsze przewężenie groziło natychmiastowym pęknięciem, śmiercią. [...]
To są rzeczy, które na zawsze zostaną w świadomości. Tego nie zatrze żaden czas, on może złagodzić ten ból, złagodzić ostrość tego obrazu. Tak już z czasem jest, że łagodzi rany, bo inaczej w ogóle nie dałoby się żyć, ale blizny do końca, ani z serca, ani z pamięci nie wytrze.
---
Przypisy:
1. - W obozie Burgweide nie funkcjonowały komory gazowe - autorka przebywała tam tylko jeden dzień, nie mogła więc wiedzieć, że w tamtejszej łaźni akurat nie gazują...
2. - Baraki obozu pracy przymusowej mieściły się obok dawnej papierni, za zabudowaniami zakładu, w stronę Pawłowic, czyli w miejscu, gdzie obecnie trwa budowa hal magazynowych Goodman.
---
Opracowano na podstawie: Relacja Danuty Napiórkowskiej-Jarzębowskiej - MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY
Na razie brak komentarzy.